Wysłany: 2008-05-12, 17:36 Fialek i Michał na Biegu Rzeźnika
Cytat:
pozdrawiam i do zobaczenia na następnych biegach, najbliższy już w sobotę
To tylko Bieg Rzeźnika
Jak tam Piotrku Wasze samopoczucie?
Oczywiście będziemy trzymać kciuki za Was .
No i gratuluję życiówki!
_________________ „Nigdy nie rezygnuj z tego, co naprawdę chcesz zrobić. Człowiek z wielkimi marzeniami jest silniejszy od tego, który jest tylko realistą”H.Jackson Brown Jr.
Ostatnio zmieniony przez Gary 2008-05-17, 20:42, w całości zmieniany 1 raz
Udalo sie, 14h37min to bylo cos niesamowitego, jeszcze nigdy czegos takiegi nie przezylem, gubienie szlaku i polgodzinne nadrabianie przez chaszczory, pieknie!
po prostu brak slow! Wielkie gratki Fialek i czekamy na relacje!
W ramach sprostowania: "twardziele". Razem biegli Piotrek i Michał. To przecież praca zespołowa .
Wielkie gratulacje
_________________ „Nigdy nie rezygnuj z tego, co naprawdę chcesz zrobić. Człowiek z wielkimi marzeniami jest silniejszy od tego, który jest tylko realistą”H.Jackson Brown Jr.
W każdym razie żyjemy, wręcz lepiej aniżeli się spodziewałem, myślałem że po Biegu Rzeźnika poczłapię wesoło do lekarza i poproszę grzecznie o L4, a tu okazało się że 2 doby po biegu spokojnie zbiegałem ze schodów, dziś pewnie pójdę na jakiś lekki trucht.
Wyruszyliśmy z Michałem z Poznania w czwartek wieczorem, krótki nocleg u Jego rodziców w Lednogórze - Rybitwach i nazajutrz rano razem z Tatą Michała jechaliśmy do Woli Michowej, gdzie zameldowaliśmy się ok 15-16. Namiocik, lekki odpoczynek i dolegliwości... Coś mi siadło na żołądku i cały dzień miałem bóle brzucha, co mnie specjalnie optymistycznie nie nastrajało. Wieczorem odprawa przed biegiem, dowiadujemy się o paru zmianach przebiegu szlaku oraz biegu, pasta party(niezbyt dobra, za mało sosu, praktycznie zero mięsa ) i kładziemy się spać. Ja długo nie mogę zasnąć, jakiś samochód wyje alarmem obok nas na parkingu, w nocy deszcz i burza.... Słyszę jak pada i wyobrażam sobie już to błoto na trasie, wyobrażam sobie jak potok przybiera na sile.
Budzę się nagle i wydaje mi się że już czas wstawać... Nie, to dopiero 0:30. Pobudkę mamy ustawioną na 2:30, i tak juz wcześniej nie śpię, jemy kanapkę, pijemy herbę z termosu i o 3 ruszamy jednym z 3 autokarów do Komańczy, na miejsce startu. A tam prawdziwy kocioł - full ludzi, bo raz że zawodnicy dwa że osoby towarzyszące, support. No i te bębny!!! Niesamowita gra bębnów przed dnieniem, zanim noc przeszła w dzień. Ściskamy sobie z Michałem dłonie, krótkie "powodzenia" i wiemy że teraz wszystko zależy od nas... Wreszcie z krótkim opóźnieniem ruszamy ok 3:55 na trasę.
Truchtamy w grupie do Duszatyna, tam robimy błąd (z mojej winy) który kosztował nas sporo sił oraz czasu. Skręcamy w bok, gdyż zamajaczył nam szlak czerwony powtórzony razem z wykrzyknikiem, zanim się skapnęliśmy o potwornym błędzie jesteśmy dość wysoko i nie chce się nam wracać. Postanawiamy iść/biec przez kszal na szagę i ominąć Jeziorka Duszatyńskie. Problem w tym, że nie wiedzieliśmy ile tego nadrabiania będzie, w pewnym momencie nie byliśmy nawet pewni czy jesteśmy na prawidłowym ramieniu i czy przypadkiem za chwilę nie zakończy się nasz bieg, przypominam - limit czasu do Żebraka to 2h30min. Poniżej schemat naszego nadrobienia trasy:
Na Chryszczatej meldujemy się ok 5:50, widać że są na trasie inni ludzie aniżeli Ci, przy których byliśmy w Duszatynie, jesteśmy z tyłu... Przyginamy do przodu, mijamy parę drużyn, 2h30min na przepaku na Przełęczy Żebrak. Ledwo ledwo. Niby to miał być limit, ale mam wrażenie że orgowie puszczali ludzi także z gorszymi czasami dalej w trasę i dobrze. Odcinek do Cisnej, następne ok 17km jest naszym najlepszym, nie gubimy się nigdzie, cały czas kogoś mijamy, w ten sposób przeskakujemy dwadzieścia parę ekip i meldujemy się w Cisnej o 8:20.
Tam czeka już Tata Michała, refill, chwilę odpoczywamy, ja zmieniam koszulkę oraz skarpety, bierzemy kijki i biegniemy dalej. Jest dobrze. 8:40 przekraczamy mostek wąskotorówki.
Chwilę później kolejne problemy - wybiegamy na szutrówkę, z której po kilkudziesięciu metrach jak się potem okazało powinniśmy wbiec w las, zapominamy o tym, za mało się przypatrujemy drzewom i bęc, przegapiamy szlak. Ta pomyłka znowu nas kosztuje cenne siły, dystans i czas... Wydaje nam się że ekipa 4 chłopaków którą widzieliśmy przed sobą i szli też pomyloną drogą zaszła dużo dużo dalej niż my, zrodziły się podejrzenia w naszych głowach o skracanie trasy....
W Końcu dzwonimy do Mirka z pytaniem o trasę i wracamy jakieś 1-1,5km, wchodzimy do lasu, tam znów sporo ekip nas wyminęło, w dodatku zaczął się jak dla mnie najtrudniejszy element - podejście na Jasło. Dobrze że mamy kijki i źle, że jesteśmy na Biegu Rzeźnika. Mam ciut do siebie żal, że w tak pięknych terenach tylko szybko idę lub truchtam... Czuję już duże zmęczenie, pikawa zaczyna się pomału buntować, czuję że miałbym siłę potruchtać, ale muszę to ograniczać ponieważ serce wali jak oszalałe. Na połoninach szczytowych Jasła i potem w drodze na Fereczatą znów mijamy trochę osób, mamy jeszcze siły na zbiegach, tutaj dużo nadrabiamy.
W tym roku zmieniono trasę Rzeźnika z Fereczatej do wsi Smerek, zamiast cały czas czerwonym szlakiem, zdecydowano się puścić dłuższą trasą, początkowo szutrem a potem betonem z sypkim materiałem na wierzchu. Nogi nie przyzwyczajone do twardego i zmęczone mocno się buntują. Pełna lampa wokół nas, żar się leje.... Ten odcinek dał mi mocno psychicznie popalić, ten asfalt nie chciał się skończyć, masakra. Od tego momentu będzie właściwie tylko gorzej, jestem bardzo zmęczony tak że mam dosyć, ale ani razu nie rozważaliśmy wycofania.
Krótki schemat jak bieg odstępował od czerwonego szlaku:
Na przepaku w Smereku Tata Michała zabija nas tekstem - panowie, coś kiepsko Wam poszło, wiele ekip Was wyprzedziło. Mówi to z rozbrajającą szczerością i tak jakby pretensjami, mam ochotę coś odpowiedzieć ale tylko się uśmiecham i mówię - nie o miejsce chodzi Na przepaku meldujemy się o 12:40, jesteśmy 49. ekipą, czyli straciliśmy 10 pozycji w porównaniu do Cisnej. 20minut przepaku, picie, napełnianie camelbaga, pyszne bułki z serem oraz wędliną przygotowane przez organizatrów, prawdziwa pomoc z ich strony. Mnie łapie wzruszenie gdzie jestem co robię i że ciężko, oczy się zaszkliły ale muszę się wziąść w garść i za chwilę podchodzimy na Smerek.
Wolno nam to idzie, serca kołaczą strasznie, jest już po 55km... Dopiero od Smereku lepiej się czuję, prowadzę tym razem ja trucht przez prawie całą Wetlińską, potem zbieg do Berehów. Zrobiliśmy Wetlińską w 3h, jest nieźle.
Na ostatnim przepaku wiemy już że na pewno się zmieścimy w limicie, szkoda tylko troszkę że zakładane 14h jest dla nas mało realne, ale co tam. Na Caryńskiej pomagamy jeszcze koledze z drużyny SOP, jego koledzy mają gdzieś tam na Niego czekać, jego dopadł kryzys. Idziemy więc we trójkę zanim się nie ogarnął i nie poczuł lepiej. Koniec końców wyprzedza nas w lesie nad Ustrzykami.
Na Caryńskiej strasznie wieje, coś w tym stylu jak w trakcie wyjazdy w Biesy z Wawrem w 2004 roku, a mi robi się strasznie smutno żę to koniec. Mamy piękną widoczność, chciałoby się posiedzieć podelektować a mamy świadomość że za chwilę "tylko" zejście i meta... Z jednej strony cieszę się niesamowicie że udało się, z drugiej odczuwam coś dziwnego, marzenie za chwilę przestanie istnieć, dziwnie....
Właściwie już schodzimy w dół, nie jestem w stanie za bardzo truchtać(zbieram się tylko na finisz na metę, hehe), dobrze że mamy kijki, inaczej na podejściach na połoniny byłoby dużo ciężej...
Tuż przed Ustrzykami zmieniono przebieg szlaku czerwonego, wyłączono z użytkowania stary most za campingiem i zbudowano nowy na wysokości Strażnicy SOP oraz schronisa Kremenaros.
Przed metą ściągam koszulkę setkową, montujemy ją na dwóch kijkach i wbiegamy niczym z flagą na metę. Gratulacje, medale i zupa gulaszowa z chlebem, a także piwo, na które zupełnie nie mam ochoty..
Odpoczywamy, przybegają kolejne ekipy duże brawa zbiera każda z nich, czuję się że świętem jest każde ukończenie biegu... DOwiadujemy się że 7 osób w tym 2(!!!) dziewczyny poszli jeszcze na wersję hard-core czyli na Bieszczadzki worek - do Wołosatego przez Halicz. Może za rok, dwa...
Potem pakujemy się do samochodu i wracamy do Woli Michowej, w ekspresowo przewijanym obrazie widzimy po kolei tereny które dziś pokonaliśmy...daleko...wysoko, znowu daleko.... Myśli się kłębią i nie mogę uwierzyć jaki to szmat drogi.. Masakra.
No moze Michal troche sie przechyla ale to pewnie przez ten ciezki medal
Jeszcze raz wielkie gratki!
DZięki, dzięki. Michał to się przechyla do poidła - końcówki o camelbaga Ja natomiast po przybyciu do Woli Michowej wykąpałem się i ległem na 2h że nawet na piwo mnie Michał z Tatą nie mogli wyciągnąć
Gratuluję wytrwałości....siły....i Waszego zgranego zespołu
Petefijalkowski napisał/a:
Na Caryńskiej strasznie wieje, coś w tym stylu jak w trakcie wyjazdy w Biesy z Wawrem w 2004 roku
O kurczę wtedy to naprawdę myślałam, że odfrunę....
Petefijalkowski napisał/a:
z drugiej odczuwam coś dziwnego, marzenie za chwilę przestanie istnieć, dziwnie....
_________________ „Nigdy nie rezygnuj z tego, co naprawdę chcesz zrobić. Człowiek z wielkimi marzeniami jest silniejszy od tego, który jest tylko realistą”H.Jackson Brown Jr.
Ostatnio zmieniony przez Karolina Jarząbek 2008-05-22, 00:04, w całości zmieniany 1 raz
Bieg ukończyliśmy w dwie osoby i przynajmniej z mojej perspektywy nie mogłem mieć lepszego partnera na tą rzeźnię. Michał, bardzo bardzo dziękuję za wszelką pomoc i podziwiam że masz tyle sił
Mieliśmy ze sobą mały plecaczek z camelbagiem, do Smereka ja go niosłem, potem Michał. W środku mieliści się 1,5l napoju i to trzeba przyznać było mało. Z rana gdy jeszcze byliśmy nawodnieni oraz było chłodno, a także Michał niósł 0,5l butelkę, to jeszcze w porządku, starczało. Doświadczenie jest jednak takie, że dobrze by było chyba może nawet zrezygnować z przynajmniej jednego plecaka na odcinkach do Cisnej i tam się zaprząc w nie.
Kijki wzięliśmy z przepaku w Cisnej i to był jedyny słuszny wybór. Nawet gdybyśmy mieli nogi jak ze stali, po prostu przydają się na tych stromych podejściach na Jasło, a z kolei niezbyt przeszkadzają na zbiegach, chwytaliśmy je jakieś 15cm poniżej rękojeści i biegliśmy.
Na przyszły rok trzeba będzie jeszcze lepiej zaplanować odżywianie, po soobcie mieliśmy dosłownie powyżej dziurek w nosie różnych powerbarów, żelów, snickersów izotoników, etc. Po takim żelu na 55km to można się zwymiotnąć:(
Myślę że gdyby nie pomyłki trasy to czysto matematycznie 14h złamalibyśmy bez problemu, plus więcej sił więc uważam że przy lepszym treningu mój organizm stać by było na 13h za rok, Michał pewnie jeszcze mniej.
Wersja Hard-Core..... Wersja Rzeźnik hard-core to "zwykły" Rzeźnik przedłużony o worek bieszczadzki czyli czerwonym szlakiem aż do Wołosatego. Dodatkowe ok 20km, z tego ostatnie ok 9 to mordęga na niby-asfalcie jeżeli dobrze pamiętam. Pierwszy Rzeźnik był dla nas rekonensansem, za rok przy sprzyjających warunkach może pokusimy się o jego przedłużenie. Warunkiem od organizatorów jest tu jednak skończenie trasy w ok 12h, żeby mieć jeszcze czas na hardcora za dnia, wiem jednak że można ich namówić na lekkie nagięcie tej zasady, zwłaszcza gdybyśmy mieli towarzystwo dla bezpieczeńśtwa - przykłądowo właśnie przebywających w Bieszczadach Setkowiczów, którzy cholowali by nas z Ustrzyk przez Halicz.... to tak w ramach nakreślania sobie celów
Ze swej strony chciałbym bardzo podziękować Madziulakowi za użyczenie camelbaga oraz kijków, Tomkowi Z. za aparat foto, Tyszkowi za okulary p/słoneczne, Sekcji za namiot, Tacie Michała za przewóz dwóch "zwłok" z Bieszczad do domu, hehe oraz wszystkim którzy trzymali za nas kciuki.
A teraz tych, którym się podobała ta relacja, zapraszam do wątku o IV Gorce Maratonie, to już 6 września!!! Mam nadzieję że ktoś się przebiegnie, no dajcie się namówić ludziska
Ostatnio zmieniony przez Petefijalkowski 2008-05-22, 10:30, w całości zmieniany 1 raz
Gosia Gość
Wysłany: 2008-05-22, 16:02
Poruszona powyższą relacją poczułam chęć zabrania głosu w dyskusji...
Kiedyś, dawno temu, gdy STK zaczynała dopiero raczkować, bardzo często na zebraniach Zarządu KU podnoszone były głosy o wyższości sekcji sportowych nad tymi "rekreacyjnymi" (nie muszę chyba dodawać, że te głosy szczególnie nasilały się przy rozdziale środków finansowych ). Było wtedy mówione, że Wam (i innym tego typu sekcjom) nic się nie należy, że Wasza działalność to jest przyjemność dla tylko kilku lub kilkunastu osób (i tu padało to kultowe już hasło "banda kolesi"), że nic dla Uczelni nie robicie, nie reprezentujecie Jej na zewnątrz, nie rozsławiacie Jej imienia i takie tam... (w zasadzie chodziło o coś zupełnie innego, ale to już jest temat na inną dyskusję).
Do czego zmierzam...
Chodzi mi o to, że jak czytam takie jak ta relacje (a jest ich na Waszym forum całkiem sporo) i jednocześnie z drugiej strony widzę lekceważący stosunek do zajęć niektórych członków sekcji typowo sportowych, ich brak zaangażowania na meczach, ich uczestnictwo w mistrzostwach i na turniejach wymuszone i z łaski, to odnoszę wrażenie, że jesteście jedną z bardziej sportowych sekcji.
Jesteście wręcz sekcją wszechsportową!
I mam tu na myśli nie tylko udział w zawodach sportowych oraz wyniki i miejsca, które na nich uzyskujecie, ale też podejście do życia, sposób myślenia, stawianie sobie kolejnych celów.
Piotrek i Michał. Chylę czoła. Jestem pełna podziwu.
Jesteście niesamowici! 75 km, a za sprawą gubienia trasy pewnie ponad 80 km dystansu, prawie 6300 m przewyższenia w jeden dzień. Kto to wytrzyma? Tylko prawdziwi rzeźnicy
Gratuluję i cieszę się, że cało dotarliście do mety!
Podejście na Jasło od Cisnej zawsze daje w kość, nawet drepcząc z plecakiem. Jeśli dobrze pamiętam są tam 2 lub 3 "ściany". Na szczęście po każdej jest "schodek", czyli wypłaszczenie w grzbiecie.
Wtedy w 2004 r. jeszcze strasznie lało, więc podchodziliśmy w kurtkach - prawdziwa sauna
Ta droga, którą pobiegliście, gubiąc szlak na Jasło, jest idealna, aby skrócić trasę - łączy się tuż przed wsią Smerek z trasą biegu. Dowiedzieliście się, że ktoś to zrobił? Nie było punktów kontrolnych po drodze?
Jeszcze ciekawi mnie jedna sprawa - czy kije były dozwolone? Dają one jednak sporą przewagę na podejściach.
Gosiu, Wawrzyńcze, dziękujęmy. Odnośnie kijów to były one oczywiście dozwolone, inaczej byśmy ich nie używali Niektórzy zawodnicy mieli je wręcz od samego startu, co akurat uważam że mi nie było potrzebne. Kije dają przewagę, niewątpliwie, choć mam wrażenie że u debeściaków mało kto ich używał, taka domena powiedzmy średniaków oraz ludzi, którzy raz że wiedzą że bez nich byłoby bardzo ciężko(nie wiem czy moje mięśnie by to wytrzymały), a dwa mają jakiś tam rodowód górski. Anyway, nie wyobrażam sobie na obecnym etapie mojego rozwoju zrobić tą trasę bez kiji
Wawer napisał/a:
Ta droga, którą pobiegliście, gubiąc szlak na Jasło, jest idealna, aby skrócić trasę - łączy się tuż przed wsią Smerek z trasą biegu. Dowiedzieliście się, że ktoś to zrobił? Nie było punktów kontrolnych po drodze?
Na Okrągliku siedział facet z GOPR-u, ale to chyba bardziej dla sprowadzenia nas na dobrą drogę, żębyśmy nie zabiegli na stronę słowacką, lecz skręcili w kierunku Fereczatej, a tak to... mam wrażenie że można było to spokojnie skroić i nikt by się nie dowiedział. Z resztą, jest przynajmniej jeden potwierdzony przypadek grania nie fair, mianowicie przynajmniej jeden zespół ściął dość poważnie tą asfaltową rzeźnię przed Smerekiem, wyprzedzając po drodze zespół przed sobą. Podobno mają być za to punkty karne, ale kuna nie po to się jedzie całą Polskę i czeka cały rok, żeby potem takie świńśtwa robić. Masakra
My w każdym razie biegliśmy cały czas fair, na wszelki wypadek zgłosiliśmy organizatorom, braciom Mirkowi oraz Jarkowi Bienieckim obydwie nasze pomyłki, żeby nie było jakichś podejrzeń względem nas.
dobrej nocy!
Nie możesz pisać nowych tematów Możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum